środa, 5 grudnia 2018

Fotografia Przedszkolna

Mam swoje ukochane Przedszkole i Żłobki, z którymi współpracuję już kilka lat... robię tam moje najulubieńsze sesje plenerowe... wiosenne i jesienne... wśród zielonej trawy, z kolorową lemoniadą, wśród jesiennych kolorowych liści... z dyniami, z jabłkami...

I od czasu do czasu zgłasza się do mnie przedszkole, by zrobić im sesję świąteczną... w świątecznej stylizacji, na sztucznym tle, w zaciszu przedszkolnej salki, z choinką i kilkoma świątecznymi gadżetami.

Zgłasza się to przedszkole w ostatniej chwili... bo tak im zależy, by zmienić dotychczasowego fotografa, bo do tej pory te zdjęcia były takie beznadziejne, bo czas ruszyć Pana który przyjeżdża od lat i robi zdjęcia jak z lat 80tych poprzedniego stulecia...

Mimo, że to nie jest moja ulubiona przedszkolna fotografia, bo co wspólnego ma sztucznie zaaranżowana scenka z żywym dzieckiem... to zgadzam się, bo kocham pracować z dziećmi, bo chcę by zmienić te fatalne zdjęcia na fajne, gdzie dziecko nie ma przylepionego uśmiechu nr 5... wyuczonego na zawołanie "uśmiechnij się" do babcinego aparatu wbudowanego w telefon.

Jadę do przedszkola... wypakowuję na 5 razy całą scenkę z bagażnika i tylnych siedzeń mojego auta... tacham choinkę, tło, statywy i lampy, skrzyneczki, lampiony, futerka i mikołajowe czapki i myślę sobie, przydało by sie kombi nie sedan.... i ustawiam tło i scenkę, sprawdzam ustawienia lamp, ustawienia aparatu... i myślę, jak to będzie... mam 2,5 godziny na sfotografowanie 70 dzieci... średnio 2 minuty na dziecko...

Przychodzi pierwsza grupa 3 latków... siedzą ode mnie całą grupą w pewnej odległości, za plecami... 22 dzieci. Te dzieci, które są bardziej nieśmiałe mają czas by popatrzeć na to jak to się wszystko odbywa... te które są bardziej śmiałe, są bliżej mnie i mnie zagadują zza pleców...
I podchodzi pierwsza dziewczynka, siada na skrzyneczce... a ja naprzeciwko niej... na czworaka... po turecku... jak kolwiek, aby być na wysokości jej oczu... i pytam o imię, o to czy ma brata czy siostrę, jakie lubi lody, kto jej uczesał takie piękne warkoczyki... i pytam o prezenty do Mikołaja, o to co chciałaby dostać, czy już napisałą list do Mikołaja, z kim będzie się tą lalką bawić... i cały czas staram się wyzwolić z dziewczynki naturalną mimikę, naturalny uśmiech... rozśmieszam... bo jak słyszę, że chciałaby dostać smoka, to pytam gdzie on będzie mieszkał ten smok... może w wannie w łazience...  i jest pięknie, bo zamiast nieśmiałości, drobnych łez które gdzieś tam chciały popłynąć... pojawia się uśmiech...

I jest uśmiech, bo przecież jak pomylę imię i mówię... jak masz na imię bo zapomniałam? Agatka? I jest śmiech, bo przecież nie Agatka tylko Anetka...
I jest uśmiech, bo przecież jak mówię, że lody waniliowe to przecież są różowe... to dziewczynka zaprzecza śmiejac się
I jest uśmiech, bo przecież ten smok to będzie spał z nią w łóżku a nie w wannie w łazience...

I to wszystko w 2 minuty... bo tyle mam na 1 dziecko... bo nie mogę nic przeciągnąć. o 12.00 jest obiad.

A jeśli po moim wydurnianiu się nie uda się wywołać uśmiechu... a dziecko jak zaczarowane patrzy na mnie poważnie ... i nie ma żadnej mimiki... nie ma uśmiechu, nie ma próby odpowiedzi, zaprzeczenia... nie ma nic... dziecko siedzi jak zaczarowane... i minęło 3 minuty i nic... nie mogę poświęcić na rozśmieszanie ani minuty dłużej... obok siedzi 20 dzieci które czeka na swoja kolej...

I po 2,5 godzinie czuje się jakbym przerzuciła 2 tony węgla... bo przecież nie tylko zagadywanie... ale jeszcze spódniczkę trzeba poprawić... i włoski sterczą... i kołnieżyk się zagiął... o rany i te nóżki, znów się powyginały a miały stać prosto... bucik się rozpiął... podkoszulka wyszła i widać ją spod sukienki przy szyjce..

Już nie mam siły i czasu patrzeć czy resztka mleka ze śniadania została wytarta... trudno, wytrę tę resztkę w obróbce...

I zwijam scenkę, choć kręgosłup wygięty i mięśnie wszystkie bolą... i pakuję wszystko do auta... by kolejnego dnia ustawiać ją od nowa...

W tym roku mam kochanego pomocnika do obróbki zdjęć przedszkolnych, tych świątecznych, bo nie dałabym rady fizycznie...

Zdjęcia trafiają do sprzedaży...
Jak zawsze mam milion myśli, czy się spodobają, czy rodzice będą zadowoleni, czy ich dzieci będą im się podobały na zdjęciach... tak zrobiłam wszystko by tak było, ale wiadomo, że to dla nich te zdjęcia robię nie dla siebie... i to że ja jestem zadowolona z efektu, to jedno... ale to rodzic ma być zadowolony ze zdjęć.

No i są pierwsze zamówienia... mniejsze i większe... i takie naprawdę duże...
Jest dobrze.

I kiedy siedzę przy kolacji z własnymi dziećmi, słyszę powiadomienie o nowej wiadomości ... otwieram, czytam, kolacja staje w gardle, dzieci pytają czy coś się stało... Hmmmm... no chyba się nie stało... ale jednak tak jakby satysfakcja z wykonanej ciężkej pracy sprzed paru dni jakby mniejsza...

"dzisiaj dostaliśmy link do zdjęć. Szczerze, to zdjęcia są beznadziejne, nie wiem jakie ma Pani doświadczenie, jeśli chodzi o pracę z dziećmi, ale po tym co widzę na zdjęciach to chyba żadne.... dzieci albo mają sztuczne uśmiechy jakby kij połknęły albo miny jak skazańcy... Moje dziecko wygląda na zdjęciach jakby miało wytrzeszcz oczu (chociaż nie ma) i połknęło kij od szczotki.... Pozostałe zdjęcia innych dzieci nie są wcale lepsze.... Mam nadzieję, że ostatni raz robiła Pani zdjęcia w tym przedszkolu.... Ceny za zdjęcia tez są z kosmosu... PROSZE SPOJRZEC, ZE nie wszystkjie dzieci patrza w aparat!.... DLACZEGO NIEKTORZY MAJA 10 LUB WIECEJ ZDJ, A NIEKTORZY 5?? Tak sie nie robi wiekszosc rodzicow jest oburzona!!zamiast zrobic sobie reklame zrobila Pni antyrekklame.!!""

No więc, nie każde dziecko współpracuje... tak jak napisałam wyżej... dziecko które na zadane pytanie odpowiada, śmieje się, zaprzecza, robi minki, powtarza za mną... będzie miało więcej zdjęć niż dziecko, które siedzi jak zamurowane... bo takie jest, bo jest nieśmiałe, bo potrzebuje wiecej niż 2 minuty by się oswoić z dziwną sytuacją na sztucznym tle, z obcą panią schowaną za czarny obiektyw... wydurniającą się z rogami renifera na głowie.  Niesprawiedliwe byłoby usunięcie zdjęć dzieci, które poprostu pięknie nawiązały ze mną kontakt... i nie ma się co oburzać, kiedy dziecko będzie miało 4 lata zapewne będzie inaczej reagowało na fotografa niż onieśmielony trzylatek...

Uważam, że ktoś kto nie widział mnie w trakcie pracy z przedszkolakami, nic nie wie na temat tego jak to robie i czy mam doświadczenie czy nie i ile pracy i serca wkładam w to co robię.

A ceny... ceny są rynkowe... jeśli za wysokie, nikt nikogo do zakupu zdjęć nie zmusza, jest całkowita dobrowolność... tak wyceniam swoją pracę i jeśli ktoś nie chce płacić to nie płaci.

Jeśli idę do sklepu i nie podoba mi się sukienka to jej nie kupuję, a nie wchodzę w dyskusję ze wszystkimi dookoła jaka jest beznadziejna, że ktoś kto to szył i projektował nie ma zielonego pojecia o tym jaka jest moda i kanony szycia sukienek, a cena jest z kosmosu.

Szanujmy się nawzajem... a w okresie przedświątecznym spokoju i radości wszystkim życzę.

A i dziękuję wszystkim moim przedszkolaczkowym rodzicom za to, że cenią sobie moją pracę i zamawiają moje zdjęcia :) a paniom dyrektorkom i radzie rodziców że zapraszają mnie na coroczne fotografowanie.